Bo wszystkie Kazimierze, to fajne ch³opaki
RSS
¶roda, 09 grudnia 2009
Kazimierz jedzie siê douczaæ

Czytaj od pocz±tku:
1. Wczesne wstawanie nie s³u¿y literatom (a przynajmniej tak twierdz±)
2. Kazimierz pisze bajkê
3. Problem z sow±
4. Utracony szapoklak
5. Kazimierz planuje
6. Maskulnik
Stoj±c na przystanku i czekaj±c na autobus linii 118, który, wg wszelkich znaków na niebie i ziemi, a konkretnie wg rozk³adu jazdy, mia³ podjechaæ pod bibliotekê, Kazimierz zastanawia³ siê, czy na pewno dobrze robi. W koñcu móg³ siê trochê bardziej postaraæ, czê¶ciej siadaæ do komputera i mo¿e nawet wstawaæ odrobinê wcze¶niej. Na ten ostatni pomys³ za¶mia³ siê gromko – oczywi¶cie wewnêtrznie - i machn±³ rêk±, co wiêkszo¶æ oczekuj±cych na autobus odebra³a ze zdziwieniem, jako ¿e nie jecha³ ¿aden autobus, który mo¿na by tak zatrzymaæ. Ze wszelkich obliczeñ, przemy¶leñ i dotychczas poczynionych planów wynika³o jasno, ¿e zdecydowanie ³atwiej bêdzie Petroniusza (tfu, Piotra!) usun±æ z tego pado³u ni¿ próbowaæ zaklinaæ wenê i wstawaæ chocia¿by 5 minut wcze¶niej. Dodatkowo jego konkurent nie móg³ pochwaliæ siê ani liczn± rodzin±, ani du¿ym gronem przyjació³ – nie to, co Kazimierz, za którym têskni³aby chocia¿by zamieszkuj±ca jego salon rumuñska rodzina spod Zegrza, czy kot W³adys³aw. Tak wiêc, po raz ostatni utwierdzaj±c siê w przekonaniu, ¿e dobrze robi, Kazimierz wyci±gn±³ z kieszeni bilet i wsiad³ do 118stki, która w³a¶nie podjecha³a, jakby potwierdzaj±c s³uszno¶æ jego decyzji.
Autobus by³ prawie pusty. Kilku emerytów i rencistów – Kazimierz nigdy ich nie rozró¿nia³ – siedzia³o na wytartych siedzeniach, starsza pani biega³a po autobusie i zamyka³a okna, a na koñcu pojazdu usadowi³ siê lump, który, jak mia³ nadziejê Kazimierz, udawa³ siê co najwy¿ej na Dworzec Centralny, co oznacza³o szybkie znikniêcie towarzysz±cych mu wyziewów. Mê¿czyzna chrapa³ g³o¶no i co chwila wsuwa³ jêzykiem z powrotem do ust niesforn± sztuczn± szczêkê, która najwyra¼niej pragnê³a jak najszybciej wydostaæ siê na zewn±trz i poszukaæ czystszego i bardziej pachn±cego miejsca zamieszkania. Kazimierz wybra³ miejsce mniej wiêcej w po³owie autobusu, otworzy³ okno i usiad³. Nie minê³o nawet 5 sekund, kiedy us³ysza³ nad sob± gro¼ne warkniêcie i starsza pani przy³o¿y³a mu torb±, wymrucza³a co¶ o dzisiejszej m³odzie¿y, zamknê³a okno i wyra¼nie da³a do zrozumienia, ¿e chce usi±¶æ dok³adnie na tym miejscu, które sobie wybra³. Kazimierz nie mia³ ochoty na k³ótnie z kim¶ uzbrojonym w wór zawieraj±cy co najmniej 5 kilo ziemniaków, 7 kilo selera i tonê kociej karmy, wsta³ wiêc i przesiad³ siê na pocz±tek autobusu i zacz±³ w my¶lach uk³adaæ listê ksi±¿ek, których bêdzie potrzebowa³. ‘Na pewno co¶ z klasyki – Conan Doyle, Agatha Christie, Chandler, koniecznie Zbrodnia i Kara, mo¿e jaki¶ atlas grzybów, najlepiej truj±cych…’ wylicza³ i zastanawia³ siê, czemu, je¶li to wygl±da tak prosto, nikt nie pozbywa siê, ot tak, swoich wrogów. ‘Analfabeci i tchórze, ot co!’ pomy¶la³ i uderzy³ twarz± w siedzenie przed sob±, kiedy autobus gwa³townie zahamowa³ na przystanku. Kazimierz otworzy³ oczy i z zaskoczeniem stwierdzi³, ¿e w jego stronê czo³ga siê lump, którego szczêka gwa³townie wyskoczy³a z ust i z okrzykiem triumfu przelecia³a ca³y autobus i wyl±dowa³a dok³adnie pod jego stopami. ‘O i co¶ o anatomii, na wszelki wypadek, gdyby trzeba by³o u¿yæ r±k’.

Czytaj od pocz±tku:

1. Wczesne wstawanie nie s³u¿y literatom (a przynajmniej tak twierdz±)

2. Kazimierz pisze bajkê

3. Problem z sow±

4. Utracony szapoklak

5. Kazimierz planuje

6. Maskulnik

Stoj±c na przystanku i czekaj±c na autobus linii 118, który, wg wszelkich znaków na niebie i ziemi, a konkretnie wg rozk³adu jazdy, mia³ podjechaæ pod bibliotekê, Kazimierz zastanawia³ siê, czy na pewno dobrze robi. W koñcu móg³ siê trochê bardziej postaraæ, czê¶ciej siadaæ do komputera i mo¿e nawet wstawaæ odrobinê wcze¶niej. Na ten ostatni pomys³ za¶mia³ siê gromko – oczywi¶cie wewnêtrznie - i machn±³ rêk±, co wiêkszo¶æ oczekuj±cych na autobus odebra³a ze zdziwieniem, jako ¿e nie jecha³ ¿aden autobus, który mo¿na by tak zatrzymaæ. Ze wszelkich obliczeñ, przemy¶leñ i dotychczas poczynionych planów wynika³o jasno, ¿e zdecydowanie ³atwiej bêdzie Petroniusza (tfu, Piotra!) usun±æ z tego pado³u ni¿ próbowaæ zaklinaæ wenê i wstawaæ chocia¿by 5 minut wcze¶niej. Dodatkowo jego konkurent nie móg³ pochwaliæ siê ani liczn± rodzin±, ani du¿ym gronem przyjació³ – nie to, co Kazimierz, za którym têskni³aby chocia¿by zamieszkuj±ca jego salon rumuñska rodzina spod Zegrza, czy kot W³adys³aw. Tak wiêc, po raz ostatni utwierdzaj±c siê w przekonaniu, ¿e dobrze robi, Kazimierz wyci±gn±³ z kieszeni bilet i wsiad³ do 118stki, która w³a¶nie podjecha³a, jakby potwierdzaj±c s³uszno¶æ jego decyzji.

Autobus by³ prawie pusty. Kilku emerytów i rencistów – Kazimierz nigdy ich nie rozró¿nia³ – siedzia³o na wytartych siedzeniach, starsza pani biega³a po autobusie i zamyka³a okna, a na koñcu pojazdu usadowi³ siê lump, który, jak mia³ nadziejê Kazimierz, udawa³ siê co najwy¿ej na Dworzec Centralny, co oznacza³o szybkie znikniêcie towarzysz±cych mu wyziewów. Mê¿czyzna chrapa³ g³o¶no i co chwila wsuwa³ jêzykiem z powrotem do ust niesforn± sztuczn± szczêkê, która najwyra¼niej pragnê³a jak najszybciej wydostaæ siê na zewn±trz i poszukaæ czystszego i bardziej pachn±cego miejsca zamieszkania. Kazimierz wybra³ miejsce mniej wiêcej w po³owie autobusu, otworzy³ okno i usiad³. Nie minê³o nawet 5 sekund, kiedy us³ysza³ nad sob± gro¼ne warkniêcie i starsza pani przy³o¿y³a mu torb±, wymrucza³a co¶ o dzisiejszej m³odzie¿y, zamknê³a okno i wyra¼nie da³a do zrozumienia, ¿e chce usi±¶æ dok³adnie na tym miejscu, które sobie wybra³. Kazimierz nie mia³ ochoty na k³ótnie z kim¶ uzbrojonym w wór zawieraj±cy co najmniej 5 kilo ziemniaków, 7 kilo selera i tonê kociej karmy, wsta³ wiêc i przesiad³ siê na pocz±tek autobusu i zacz±³ w my¶lach uk³adaæ listê ksi±¿ek, których bêdzie potrzebowa³. ‘Na pewno co¶ z klasyki – Conan Doyle, Agatha Christie, Chandler, koniecznie Zbrodnia i Kara, mo¿e jaki¶ atlas grzybów, najlepiej truj±cych…’ wylicza³ i zastanawia³ siê, czemu, je¶li to wygl±da tak prosto, nikt nie pozbywa siê, ot tak, swoich wrogów. ‘Analfabeci i tchórze, ot co!’ pomy¶la³ i uderzy³ twarz± w siedzenie przed sob±, kiedy autobus gwa³townie zahamowa³ na przystanku. Kazimierz otworzy³ oczy i z zaskoczeniem stwierdzi³, ¿e w jego stronê czo³ga siê lump, którego szczêka gwa³townie wyskoczy³a z ust i z okrzykiem triumfu przelecia³a ca³y autobus i wyl±dowa³a dok³adnie pod jego stopami. ‘O i co¶ o anatomii, na wszelki wypadek, gdyby trzeba by³o u¿yæ r±k’.

poniedzia³ek, 20 kwietnia 2009
Maskulnik
Czytaj od pocz±tku:

1. Wczesne wstawanie nie s³u¿y literatom (a przynajmniej tak twierdz±)

2. Kazimierz pisze bajkê

3. Problem z sow± 

4. Utracony szapoklak 

5. Kazimierz planuje

Wyrzucane z szuflady dokumenty, rozpoczête ksi±¿ki, kocie zabawki, toster i bon na 17,5% zni¿ki na obiad za co najmniej 242 z³ote, furcza³y w powietrzu, a Kazimierz coraz bardziej siê uspokaja³. Plan powoli klarowa³ siê w jego g³owie, a ba³agan przypomina³ mu, ¿e jest genialny i kreatywny (jak dobrze wiemy, ba³aganiarze zawsze siê tak t³umacz±, bo to prawda). Coraz wolniej przegl±da³ zawarto¶æ szuflady, zadowolony z odnalezienia kluczyków do samochodu, który dawno sprzeda³, bo nie mia³ prawa jazdy, wyników badañ krwi sprzed piêciu lat i maskulnika. Tu trzeba wyja¶niæ, ¿e maskulnik to nic innego jak pamiêtnik, ale poniewa¿ pisanie pamiêtnika zawsze wydawa³o siê Kazimierzowi zbyt kobiece, on pisa³ maskulnik. Ogarniêty wspomnieniami przysiad³ na chwilê na ³ó¿ku i zacz±³ czytaæ.

25 wrze¶nia, 1984 roku, 13:15
Dzisiejszy dzieñ zacz±³ siê jak zwykle. Mama zrobi³a na ¶niadanie jajka na miêkko, a kiedy zacz±³em obt³ukiwaæ skorupkê, zbi³a mnie, ¿e st³uk³em jajko. Zaczynam podejrzewaæ, ¿e mama specjalnie gotuje jajka, ¿eby móc mi biciem przypomnieæ, ¿e nie urodzi³em siê dziewczynk± jak mój brat Jêdrzej.

25 wrze¶nia, 1984 roku, 13:17
Drogi maskulniczku, dawno nie pisa³em, a tyle siê zdarzy³o. Postanowi³em zostaæ pisarzem. Bêdê móg³ opisaæ ¿ycie w domu tak, ¿e mojej mamie w piêty pójdzie i trafi do zak³adu psychiatrycznego.

25 wrze¶nia, 1984 roku, 13:25
Mama zbi³a mnie i powiedzia³a, ¿e nie zostanê ¿adnym pisarzem, ona nie trafi do zak³adu i nie czyta mojego maskulnika.

25 wrze¶nia, 1984 roku, 13:33
Mama przyzna³a siê, ¿e czyta mój maskulnik, ale boli j± to bardziej ni¿ mnie.

Kazimierz ¶mia³ siê w g³os. Ech, to by³y czasy! Dzieciñstwo, rado¶æ, sielanka, niczym nieskrêpowane marzenia. Zabawa od samego rana! I te leki, które dosta³em, kiedy mama da³a lekarzowi mój maskulnik do przeczytania. ¯ycie wydawa³o siê takie kolorowe. A teraz nuda, zniechêcenie i ten ca³y Piotr, który jakby siê upar³ mnie prze¶ladowaæ. Przypomniawszy sobie o Petroniuszu i o tym, co postanowi³ zrobiæ, Kazimierz zadr¿a³ na my¶l o tym, co mo¿e siê staæ, je¶li jego plan siê nie powiedzie. 

poniedzia³ek, 23 marca 2009
Kazimierz planuje

Czytaj od pocz±tku:

1. Wczesne wstawanie nie s³u¿y literatom (a przynajmniej tak twierdz±)

2. Kazimierz pisze bajkê

3. Problem z sow±

4. Utracony szapoklak 

- przeklêty Petroniusz, przeklêty! – wo³a³ Kazimierz miotaj±c siê po pokoju. – Oby jego kupa o¿y³a i poca³owa³a go w usta! ¯eby jego dzieci spluwa³y za ka¿dym razem, kiedy wypowiedz± s³owo „ojciec”! ¯eby mu wnêtrzno¶ci nadgni³y, a gruczo³y potowe fachowo zajê³y siê nadprodukcj±! ¯eby Naj¶wiêtsza Panienka od grzybicy stóp pokocha³a go z ca³ego serca! ¯eby wstawa³ o 8-ej rano! – wykrzykiwa³ dalej, próbuj±c przypaliæ papierosa trzês±cymi siê ze z³o¶ci zapalniczkami. – S³ysza³e¶ to, W³adys³aw? S³ysza³e¶?!

Tu nale¿y siê kilka s³ów wyja¶nienia. W³adys³aw to kot Kazimierza. Nie byle jaki kot, trzeba dodaæ. Nie, W³adys³aw nie mówi (mimo, ¿e czasem Kazimierzowi tak siê wydaje), nie robi kawy i nie pali papierosów. Za to rozlicza podatki i chodzi w okularach. W³a¶ciwie le¿y i siedzi te¿ w okularach, ale to nic nadzwyczajnego – wszyscy, którzy maja koty wiedz±, jak ³atwo jest za³o¿yæ ¶pi±cemu kotu okulary, sfotografowaæ go i zamie¶ciæ zdjêcie na Naszej Klasie. Jednak ma³o który kot potrafi pój¶æ do okulisty, a nastêpnie zamówiæ okulary u optyka, naci±gaj±c go jednocze¶nie na 37% zni¿ki z okazji swoich trzecich urodzin. W³adys³aw potrafi to, a nawet znacznie wiêcej. Ale o tym przekonacie siê znacznie pó¼niej.

Wracaj±c do miotaj±cego siê Kazimierza – musicie wiedzieæ, ¿e, poza chwilami kiedy Kazimierz nie ma weny, bardzo trudno jest go wyprowadziæ z równowagi. Nasz bohater bra³ nawet udzia³ w programie „Jak oni siê denerwuj±”, ale redakcja programu bardzo szybko podziêkowa³a mu za wystêp i ju¿ po pierwszym odcinku, w którym nie zdenerwowa³y go ani niezap³acone rachunki, ani wej¶cie Polski do Unii, ani nowa p³yta Chrisa Cornella, nie wspominaj±c ju¿ o wysokim poziomie cholesterolu, Kazimierz zakoñczy³ swoja karierê telewizyjn±. Teraz jednak biega³ po mieszkaniu, czerwienia³ i blad³ na przemian, ci¶nienie skaka³o mu tak, ¿e w promieniu piêciu kilometrów wszyscy meteopaci wzywali pogotowie, a rêce trzês³y mu siê tak, ¿e jajka w lodówce same z siebie zmienia³y siê w kogiel-mogiel.
- zniszczê go! Zabijê, zakopiê, odkopiê i jeszcze raz zabijê! – ta my¶l podoba³a mu siê coraz bardziej – tylko muszê zrobiæ to sprytnie. To nie mo¿e siê wydaæ. Taki pisarzyna nie mo¿e byæ powodem mojej klêski! 
W tym momencie Kazimierz zda³ sobie sprawê z tego, ¿e mo¿e na literaturze i poezji siê zna, ale na zbrodniach doskona³ych nic a nic. Za to zna siê na ksi±¿kach, a – jak wiadomo – w ksi±¿kach wszystko zosta³o opisane. Wiadomo oczywi¶cie, ¿e zbrodnia doskona³a nigdzie nie zosta³a opisana, to by by³o niebezpieczne, ale za to mnóstwo jest opisów zbrodni niedoskona³ych! Wystarczy przeanalizowaæ b³êdy i poczynania tych fikcyjnych nieudaczników i zrobiæ co¶ dok³adnie odwrotnego! – jestem genialny – pomy¶la³ Kazimierz i zacz±³ szukaæ w szufladzie karty bibliotecznej.

czwartek, 26 lutego 2009
Utracony szapoklak

Czytaj od pocz±tku: 

1. Wczesne wstawanie nie s³u¿y literatom (a przynajmniej tak twierdz±)

2. Kazimierz pisze bajkê

3. Problem z sow± 

Kazimierz by³ dumny z tego dialogu; po nim ju¿ wszystko posz³o ³atwo. Przez wyimaginowany las przewinê³y siê kolejne dzieci, kilkoro nastolatków, kaseta VHS z wypo¿yczalni, stado ryjówek, czarna Wo³ga, a nawet konkurencyjna sowa, która nie zagrza³a d³ugo miejsca w bajce, ze wzglêdu na swoj± s³abo¶æ do wy¿ej wymienionych ryjówek. Kazimierz wydrukowa³ swoje dzie³o i zdziwi³ siê, kiedy zobaczy³, ¿e wysz³o mu 60 stron i to po odliczeniu 7 stron ok³adki. - Mo¿e i bajka nie jest godna moich umiejêtno¶ci - pomy¶la³ - ale je¶li w tej materii mo¿na stworzyæ opowie¶æ idealn±, to moja w³a¶nie taka jest. Zadowolony od³o¿y³ kartki na biurko i poszed³ wzi±æ prysznic.

Stoj±c w kuchni, z zabranym od s±siadki prysznicem w rêku, zastanawia³ siê na co wyda zarobione na bajce pieni±dze. Od dawna marzy³ o holenderskim rowerze, ale jako ¿e Kazimierz po holendersku umia³ powiedzieæ jedynie Heineken, obawia³ siê, ¿e siê nie dogadaj±. Kolejna na li¶cie by³a zagraniczna wycieczka. Kazimierzowi by³o wszystko jedno gdzie pojedzie, byle - oczywi¶cie - nie by³a to Holandia i by w danym miejscu by³ znany, co zawê¿a³o jego mo¿liwo¶ci w³a¶ciwie do niczego. Odrzucaj±c na pod³ogê kolejne pomys³y zdecydowa³ w koñcu, ¿e kupi aksamitn± marynarkê, sztruksowe spodnie, szalik i szapoklak, i tak ubrany pójdzie do Klubu Wiecznie Spó¼nionych Prawie Prozaików Ale Ju¿ Dawno Poetów, ¿eby pokazaæ Petroniuszowi jak powinien nosiæ siê prawdziwy pisarz. Rozkoszowa³ siê w³a¶nie wyobra¿eniem zbola³ego i upokorzonego Piotra, który z niewiadomych powodów nosi³ wy³±cznie, za przeproszeniem, garnitury, kiedy zadzwoni³ telefon. Hieronim Kluska, wydawca, który zamówi³ miesi±c temu bajkê, wydawa³ siê zupe³nie niewzruszony tym, ¿e Kazimierz od pó³ roku nie przes³a³ mu nawet pomys³u.
- Kazik, tak wcze¶nie, a ty ju¿ na nogach?
- no tak, tak, wiesz, s±siad robi remont, musia³em wstaæ kilka godzin wcze¶niej. On z tych co nie rozumiej±, ¿e kto¶ mo¿e pracowaæ g³ow±, znasz ten typ. - odpowiedzia³ Kazimierz ciesz±c siê, ¿e wci±¿ znajduje nowe wyt³umaczenie dla swojego nazbyt wczesnego, jak na literata, wstawania.
- biedaku, to musi koszmarnie wp³ywaæ na twoj± wenê. - w g³osie wydawcy brzmia³a z trudem skrywana ironia.
- Hieronimie, wiesz przecie¿, ¿e prawdziwy geniusz remontów siê nie boi. W³a¶nie, s³uchaj uwa¿nie, skoñczy³em pisaæ tê bajkê. Jutro ci j± podrzucê, ale ju¿ dzisiaj mogê z pe³nym przekonaniem powiedzieæ, ¿e niezmiernie ci siê podoba.
- no w³a¶nie, Kazimierz, ja w tej sprawie. Jakby to powiedzieæ... Ju¿ nie potrzebujê tej bajki, znajomy literat, pewnie dobrze ci znany, podrzuci³ mi wczoraj swój rekopis i muszê przyznaæ, ¿e Harry Potter to przy tym zwyk³a bazgranina.
- kto? - tylko tyle zdo³a³ wydusiæ z siebie Kazimierz, ¿egnaj±c siê w my¶lach ze sztruksowymi spodniami, aksamitn± marynark±, szalikiem i stylowym szapoklakiem.
- Piotr, a w³a¶ciwie Petroniusz. Mówiê ci Kazik, ten facet to geniusz. Ale nie przejmuj siê, bêdê o tobie pamiêta³ przy nastêpnej bajce, je¶li - oczywi¶cie - Petroniusz nie bêdzie mia³ czasu. No, to do us³yszenia.

To powiedziawszy Hieronim roz³±czy³ siê, a Kazimierz po raz pierwszy pomy¶la³ o tym, ¿e musi pozbyæ siê Petroniusza.
 

czwartek, 12 lutego 2009
Problem z sow±

Czytaj od pocz±tku:

1. Wczesne wstawanie nie s³u¿y literatom (a przynajmniej tak twierdz±)

2. Kazimierz pisze bajkê 

Wstêp poszed³ Kazimierzowi jak z p³atka. Dok³adnie opisa³ dzieci, które zagubi³y siê w lesie mieszanym, wyrastaj±cym na glebie typu skrytobielicowego, nie omieszka³ te¿ nadaæ g³ównym bohaterom g³êbi, poprzez uczynienie z dziewczynki schizofreniczki, a z ch³opca postaæ cierpi±c± na kompleks Edypa. Jednak nie samymi opisami bajka ¿yje i Kazimierz wiedzia³, ¿e w koñcu bêdzie musia³ napisaæ co¶, z czym mia³ najwiêksze problemy - dialog. W¶cieka³ siê i kl±³ szpetnie kiedy tylko mia³ w³o¿yæ w usta bohaterów s³owa, bo zawsze wychodzi³y mu te pisane dyskusje tak sztucznie, ¿e nawet piersi gwiazd filmów porno, wygl±da³y przy nich jak przez matkê naturê stworzone. Unika³ wiêc dialogów jak móg³, ale spotkanie dzieci z magiczn± sow± powinno siê opieraæ na jakiejkolwiek wymianie zdañ. - podej¶cie pierwsze - wymamrota³ i zacz±³ pisaæ.

- kim jeste¶? zapyta³y dzieci.
- magiczn± sow±. - odpowiedzia³a sowa.
- sow±? - powtórzy³y.
- sow± - powtórzy³a.
- aha. Sow±.

Kurwa maæ. Ctrl+A, delete. Podej¶cie drugie...

- wygl±dasz jak sowa - powiedzia³ ch³opiec.
- sow± bowiem jestem. Magiczn±. - powiedzia³a sowa i machnê³a ró¿d¿k±.
- spe³nij moje marzenie, a dam Ci orzeszka - powiedzia³a dziewczynka.
- spe³niê, ale najpierw chce orzeszka.
- aha. Orzeszka.

Ctrl+A, delete... Kazimierz mia³ ochotê czym¶ rzuciæ, ale rumuñska rodzina ju¿ dawno spa³a od 15 minut i nie chcia³ ich obudziæ. Nie dlatego, ¿e by³ dobry i kulturalny, ale dlatego, ¿e nie mia³ drobnych. Westchn±³ wiêc tylko cichutko i zagra³ na fortepianie Lot trzmiela. No dobrze, podej¶cie trzecie...

Dzieci weso³o wybieg³y na polanê. Zapali³y ognisko, wyci±gnê³y kie³baski. Wtem! Tu¿ ko³o pieczo³owicie u³o¿onej kupki chrustu, usiad³ najdziwniejszy ptak, jakiego w ¿yciu widzia³y. Jego pióra mieni³y siê w blasku zachodz±cego s³oñca to na z³oto, to na purpurowo. Jedno olbrzymie oko b³yszcza³o niczym szmaragd, a drugie by³o dok³adnie takie samo. Wielkie pazury wbi³y siê w ziemiê, a z ma³ego, ale ostro zakoñczonego dzioba wydoby³ siê g³os tak czysty i tak hipnotyzuj±cy, ¿e dzieci przesta³y na chwilê oddychaæ.
- witam was na mojej polanie. Na pewno zastanawiacie siê kim jestem. Otó¿ jestem Roman, magiczna sowa z lasu mieszanego, wyrastaj±cego na glebie typu skrytobielicowego.
- to ju¿ szósta dzisiaj, a mamy dopiero poniedzia³ek - wymamrota³a schizofreniczna dziewczynka, której urojenia nie by³y obce.
- o matko! - zakrzykn±³ ch³opiec z kompleksem Edypa.
- wasz entuzjazm bardzo mnie cieszy - odrzek³ ptak - dlatego spe³niê Wasze ¿yczenia, ale najpierw musicie daæ mi orzeszka. Kiedy¶ stosowa³em metodê - najpierw ¿yczenie, potem orzeszek, ale zbyt wiele dzieci odesz³o st±d z kucykiem i orzeszkiem, przez co nie tylko wpad³em w anoreksjê, ale te¿ bulimiê, nerwicê natrêctw, alkoholizm i padaczkê.

Dziewczynka natychmiast da³a sowie orzeszka i powiedzia³a - chcia³abym przestaæ s³yszeæ g³osy i widzieæ te wszystkie dziwne rzeczy. Roman zamy¶li³ siê. Mia³ tak± zasadê, ¿e z wariatami nie rozmawia³, ale przecie¿ obieca³ spe³nienie ¿yczenia. Szybko prze³kn±³ orzeszka, zamacha³ skrzyd³ami, wymamrota³ kilka zaklêæ, przewróci³ oczami i podskoczy³ trzy i pó³ raza. - no dobrze, z ni± ju¿ nie bêdzie problemów - powiedzia³ spogl±daj±c na g³uch± i ¶lep± dziewczynkê.
- A Ty? - zwróci³ siê do ch³opca.
- ja nie mam ¿yczeñ. - odpowiedzia³ ch³opiec, u¶miechaj±c sie od ucha do ucha.
- Jak to nie masz ¿yczeñ? Nie chcesz kucyka, piêknych zabawek, góry s³odyczy, zagranicznych wycieczek, wysokiego kieszonkowego?
- Nie.
- Nic?
- Nic a nic.
- To niemo¿liwe, nigdy nie spotka³em dziecka, które mia³oby to wszystko. Czego¶ musi ci brakowaæ.
- Niczego mi nie brakuje - powiedzia³ spokojnie ch³opiec - mój tata jest z PSL-u, a mama dzia³a w zwi±zkach zawodowych. Zamiast siê dziwiæ, oddaj mi lepiej wszystkie twoje orzeszki.
- Ech - westchnê³a sowa. To ju¿ siódmy dzisiaj, a dopiero dziewi±ta - pomy¶la³a i odda³a orzeszki. 

czwartek, 08 stycznia 2009
Kazimierz pisze bajkê

Czytaj od pocz±tku:

1) Wczesne wstawanie nie s³u¿y literatom (a przynajmniej tak twierdz±)  

Z kaw± w rêku i papierosem w ustach, Kazimierz wszed³ do zagraconego pokoju. Omijaj±c zrêcznie przewrócone krzes³o, stertê ubrañ, na któr± sk³ada³y siê: koszula, dwie skarpetki i jeden elektryczny opiekacz, a nastêpnie wymijaj±c stary kufer, dwana¶cie zeszytów i rumuñsk± rodzinê spod Zegrza, dotar³ do biurka. Spogl±daj±c na stale w³±czony komputer westchn±³ i usiad³ na krze¶le. Westchniêcie Kazimierza by³o tak dojmuj±ce i ciê¿kie, ¿e natychmiast upad³o na pod³ogê i potoczy³o siê w kierunku wspomnianej wy¿ej rodziny, która - zmêczona ci±g³ym za¶miecaniem jej przytulnej, choæ ma³ej, przestrzeni - podjê³a decyzjê o natychmiastowej wyprowadzce, która mia³a nast±piæ za cztery miesi±ce. Gdyby nie zmartwienie, które trapi³o Kazimierza, pewnie by siê ucieszy³ z tej wiadomo¶ci, bo widok rodziny przypomina³ mu ci±gle o tym, ¿e nie mia³ pojêcia jaka jest ró¿nica miêdzy Bukaresztem a Budapesztem. Ale Kazimierz, stworzony do rzeczy wznios³ych i wielkich, dzie³ pamiêtanych przez wiele pokoleñ, które nastapi± po jego odej¶ciu, w-g³owie-laureat wielu presti¿owych nagród i pañstwowych odznaczeñ oraz oczywi¶cie do¿ywotnio mianowany prezes Klubu Wiecznie Spó¼nionych Prawie Prozaików Ale Ju¿ Dawno Poetów, mia³ napisaæ bajkê dla dzieci.

Patrz±c na nieskazitelnie czyst± biel pliku, który wieczorem zapisze jako co¶¶wietnego.txt, zapali³ kolejnego papierosa. Potrzebowa³ pomys³u, z którego wyci±gnie potem conajmniej 180 tysiêcy znaków ze spacjami, za które - krótko, bo krótko - ale bêdzie ¿y³. Wpatruj±c siê w komputer i my¶l±c nieprzyzwoicie du¿o, jak na dziesi±t± z minutami po po³udniu, siêgn±³ po papierosa. "Magia, w bajce musi byæ magia" pomy¶la³ i przypali³ cygaro. "I zwierzêta, dzieci kochaj± zwierzêta. W lesie s± zwierzêta" my¶la³ nadal, przypalaj±c cygaretkê. "Mo¿e 'Magiczne bajoro'? Chryste, sk±d ja o tym bajorze? ¦miaæ siê bêd± potem, ¿e ca³a magia bajora polega³a na tym, ¿e po wypiciu z niego wody, ludzie i zwierzêta wszelkie s³ysza³y 'Ogrzej mnie'. Nie, bez sensu. Poza tym bajoro to takie brzydkie s³owo. Mo¿e staw? Magiczny staw? Nie, cholera, te¿ ¼le. ¯e siê wygina w druga stronê? Cholerna 'Zabójcza broñ'. Zostaw Kazimierzu te wody lepiej. Co¶ innego magicznego znale¼æ trzeba, Petroniusz, tfu, Piotr wiedzia³by na pewno. Ale on, cholera jedna, nie wstaje o dziesi±tej, nie. On sobie ¶pi do wieczora prawie, to i pomys³ów wiêcej ma.' Kazimierza ogarn±³ niesmak, pewnie dlatego, ¿e na raz pali³ ju¿ 4 papierosy, dwa cygara i jedn± - ale dobr±! - cygaretkê. Wyj±³ wszystko z ust, nastêpnie zamy¶li³ siê, w³o¿y³ z powrotem dwa zêby trzonowe i jeden siekacz i ukry³ twarz w d³oniach. 'Magiczna sowa! Sowa, do diab³a, bêdzie iedalna! Bêdzie mia³a srebrne pióra, z³ote oczy i ka¿demu wyhuka przysz³o¶æ, o ile dostanie w zamian martw± mysz. No dobrze, mo¿e orzeszka... Bez sensu ale martwe myszy i dzieci jako¶ siê nie sk³adaj±. Genialne, proste i genialne. A Piotr, tfu, Petroniusz oniemieje. Ha!' zakrzykn±³ Kazimierz po czym stwierdzi³, ¿e zawiesi³ mu siê Windows. 

poniedzia³ek, 05 stycznia 2009
Wczesne wstawanie nie s³u¿y literatom (a przynajmniej tak twierdz±)
Kazimierz nie mia³ pojêcia co zrobiæ z wolnym czasem. Nadal nie przyzwyczai³ siê do - wprowadzonych odgórnie - dodatkowych 4 godzin w ramach ka¿dej doby (sprzedawanych za 3,59 h) i wyj±tkowo mierzi³o go, ¿e nagle wstaje nie - jak ka¿dy, szanuj±cy siê literat - po po³udniu, ale rano jeszcze, w dodatku wyspany. Petroniusz (tak naprawdê Piotr, ale uwa¿a, ¿e to pospolite) przestawi³ siê natychmiast i od razu wstawa³ o 14:03, czego zazdro¶cili mu chyba wszyscy z Klubu Wiecznie Spó¼nionych Prawie Prozaików Ale Ju¿ Dawno Poetów. Kazimierz (tak naprawdê Kazimierz, ale dla przyjació³ Kazimierz) próbowa³ sobie wmówiæ, ¿e wstawanie rano bêdzie oryginalne i w ten sposób bêdzie lepszy od Piotra, tfu, Petroniusza, ale wiedzia³, ¿e tak naprawdê to jest na wskro¶ urzêdnicze, ¿eby nie powiedzieæ sekretarskie. Zaprzesta³ wiêc prób i zwyczajnie w³±cza³ komórkê dopiero o 14:04, a na gg by³ niewidoczny nawet do 17:07. Dziêki temu zachowa³ pozory przed znajomymi z klubu, mimo ¿e sam przed sob± czu³ siê jak zwyk³y ksiêgowy, albo - co gorsza - prod¿ekt menad¿er.

Tego popo³udnia wsta³ wiêc jak zwykle rano i skrzywi³ siê od razu widz±c, ¿e dopiero 10:01. Mimo, ¿e symetryczno¶æ tej godziny by³a mu bliska, to ilo¶æ zer przyprawia³a go o natychmiastowy ból g³owy. A ból g³owy, o dziesi±tej po po³udniu, to - uwierzcie mi - ból straszliwy i do wyobra¿enia niemo¿liwy. Pod±¿aj±c do kuchni, wiedziony nieistniej±cym jeszcze zapachem kawy i pierwszego, a tym samym najlepszego, papierosa pomy¶la³, ¿e lepiej by mo¿e by³o, gdyby rzeczywi¶cie by³ ksiêgowym. P³awi³by siê w cyfrach, sumowa³ je, przemienia³ w ca³e liczby i zawsze by³by na plusie. Oczywi¶cie firma mog³aby byæ na minusie, ale wtedy by z niej odchodzi³. Kazimierz nie lubi³ bowiem minusów, bo przypomina³y mu one o zimie, a zimy nie lubi³ nawet bardziej od gorzkiej herbaty. Mechanicznie poda³ ekspresowi kawê i wodê i czeka³, rozmy¶laj±c o pozbawionym emocji ¿yciu ksiêgowego. Rozmy¶la³by tak pewnie do 13:04, gdyby nie zapach tego, czym nape³ni zaraz - równie czarny jak przysz³a zawarto¶æ - kubek. Trzeba Wam bowiem wiedzieæ, ¿e nic tak jak kawa nie wygania z g³owy zupe³nie bezsensownych my¶li. Nalewaj±c jedn± rêk± czarnej ambrozji, a drug± siêgaj±c po papierosa stwierdzi³, ¿e dobrze jest tak, jak jest. A ranne wstawanie mu przejdzie. Petroniuszowi, tfu, Piotrowi siê uda³o, to i jemu - Kazimierzowi jak siê patrzy (jak siê nie patrzy te¿ Kazimierzowi) - siê uda. Ot co.